California Roadtrip

California Roadtrip

Kalifornia samochodem: Pacific Coast Highway, parki narodowe i finał, którego Ania się nie spodziewała.

•7 min

W Kalifornii trudno zobaczyć wszystko podczas jednego wyjazdu. Z Anią chcieliśmy przejechać wybrzeżem z San Francisco do Los Angeles, zobaczyć sekwoje i dotrzeć do Yosemite. A przy tym znaleźć czas na poranne bieganie, dobrą kawę i długie śniadania na kempingach. Bez pośpiechu i planowania każdego dnia co do godziny. Wypożyczyliśmy samochód w San Francisco i ruszyliśmy na południe. Szybko jednak musieliśmy zmienić plany przez pożary w Big Sur.

Santa Cruz, Pacific Grove i Carmel-by-the-Sea

Pierwsze dni na południe od San Francisco upłynęły nam na odkrywaniu nadmorskich miasteczek. W Santa Cruz przeszliśmy się długim molo, zaglądając pod deski do wylegujących się tam lwów morskich. Potem ruszyliśmy do Monterey. Okazało się dość turystyczne i choć sporo pospacerowaliśmy, nie zostaliśmy tam na dłużej.

Za to sąsiednie Pacific Grove bardzo nam podeszło. Spokojniejsze, z piękną trasą na poranne bieganie nad oceanem. Gdybyśmy jeszcze raz szukali noclegu w tej okolicy, to właśnie tutaj.

Kolejnym przystankiem było Carmel-by-the-Sea. Kameralne miasteczko z wąskimi uliczkami i szeroką, piaszczystą plażą. Niedaleko znajduje się Point Lobos, gdzie wybraliśmy się na spacer wzdłuż skalistego wybrzeża. Można tam zobaczyć wydry i lwy morskie. Przydaje się lornetka, którą można pożyczyć od obsługi parku.

Big Sur

Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy w ogóle uda nam się zobaczyć Big Sur, a jeśli tak, to jak dużą jego część. W okolicy były dwa aktywne pożary, część Highway 1 zamknięto, a Pfeiffer Campground odwołał naszą rezerwację. Mimo wszystko mieliśmy szczęście. W dniu naszego przyjazdu ponownie otwarto fragment drogi, który wcześniej był niedostępny.

To tutaj Highway 1 wije się po zboczach nad Pacyfikiem. Za każdym zakrętem kolejny widok na strome klify i ocean. Co chwilę mieliśmy ochotę się zatrzymać i zrobić zdjęcie. W powietrzu wciąż było czuć spaleniznę, mijaliśmy wozy strażackie, a nad oceanem latały samoloty gaśnicze, które nabierały wodę z Pacyfiku.

Zatrzymaliśmy się w Nepenthe, znanej restauracji z tarasem wychodzącym na Pacyfik. Widok robił wrażenie, podobnie jak cena piwa bezalkoholowego, chyba najdroższego, jakie kiedykolwiek piliśmy. Dalej jechaliśmy już o zachodzie słońca. Na trasie było zaskakująco pusto. Możliwe, że nie wszyscy wiedzieli jeszcze o ponownym otwarciu drogi.

Po drodze mijaliśmy domy zawieszone na klifach tuż nad oceanem. Trudno było nie wyobrażać sobie poranków w takim miejscu — z kawą i widokiem na Pacyfik.

Droga Mleczna nad San Simeon

Dalej wzdłuż wybrzeża nie mogliśmy już jechać, więc musieliśmy odbić w głąb Kalifornii i zrobić spory objazd. Jazda główną drogą szybko nas zmęczyła, ale kiedy zjechaliśmy na mniejsze drogi w okolicach Paso Robles i Cambria, krajobraz zupełnie się zmienił. Winnice, łagodne wzgórza i rozległe doliny. Szczególnie zapamiętaliśmy przejazd przez Green Valley, gdzie droga wije się między wzgórzami, a w oddali widać Pacyfik.

Na noc zatrzymaliśmy się na Washburn Primitive Campground w Hearst San Simeon State Park. Camping leży na wzgórzu, kawałek od oceanu. Z naszego miejsca widok na wodę zasłaniały drzewa, ale szum fal docierał aż do namiotu. W pobliżu jest też San Simeon Creek Campground, z prysznicami i lepszym zapleczem. My jednak woleliśmy spokojniejszy Washburn.

Wieczorem nad campingiem rozciągało się niebo pełne gwiazd, z wyraźnie widoczną Drogą Mleczną. Jeden z tych noclegów, które zapamiętamy na długo.

Morro Bay, Solvang i Santa Barbara

W drodze do Santa Barbara zatrzymaliśmy się w Morro Bay. Nad zatoką góruje Morro Rock, potężna samotna skała, której trudno nie zauważyć. To pozostałość dawnego wulkanu: magma zastygła w jego wnętrzu, a otaczające ją miększe skały z czasem zostały zerodowane. Po wulkanie pozostał tylko ogromny kamienny korek.

Zahaczyliśmy też o Solvang. Duńskie miasteczko w Kalifornii brzmiało ciekawie, ale na miejscu okazało się bardzo turystyczne i przerysowane. Nas nie przekonało, spokojnie można odpuścić.

Santa Barbara spodobała nam się znacznie bardziej. Biała zabudowa w hiszpańskim stylu, piękna promenada i dużo zieleni. Poszliśmy pobiegać wzdłuż wybrzeża, a potem pochodziliśmy bez planu po mieście.

Malibu

W dniu naszego przejazdu przez Malibu okropnie lało i wiało. Według ludzi, z którymi rozmawialiśmy w LA to był pierwszy dzień od kilku miesięcy z tak intensywnymi opadami deszczu. To już chyba klasyk naszych wyjazdów, żeby trafić na jakąś anomalię pogodową, oczywiście.

Z plażowania nic nie wyszło, ale zatrzymaliśmy się w Malibu Seafood. Nawet przy takiej pogodzie świeża smażona rybka i owoce morza smakowały świetnie. Na wodzie było prawie pusto. Tylko kilku najodważniejszych surferów próbowało łapać ogromne fale.

Los Angeles

Zatrzymaliśmy się w Gjelina Hotel przy Venice Beach. Bardzo fajne miejsce, ze świetnymi croissantami na śniadanie. Przetestowaliśmy kilka tras na bieganie - polecamy promenadę z Venice do Santa Monica Pier (szczególnie przy zachodzącym słońcu) oraz spokojną pętlę wokół Hollywood Reservoir.

Na zachód słońca podjechaliśmy pod Griffith Observatory. Dopiero stamtąd widać, jak rozległe jest Los Angeles i jak daleko ciągną się kolejne dzielnice. Przejechaliśmy też przez Beverly Hills i Rodeo Drive, oglądając drogie domy, sklepy i samochody. Zajrzeliśmy również do Getty Center, gdzie bardziej niż same obrazy spodobały nam się architektura i widoki na miasto. Przy okazji można się zastanowić, jak wielkie fortuny dało się kiedyś zbić na ropie. To właśnie na niej rodzina Gettych zbudowała swój majątek.

Jedzeniowo w LA było bardzo dobrze, zwłaszcza meksykańska kuchnia jest tam fantastyczna. Próbowaliśmy tacos w kilku miejscach, ale najbardziej podeszły nam te z Sonoratown.

W Los Feliz trochę przypadkiem odwiedziliśmy klimatyczną kawiarnię speciality Maru Coffee, gdzie kupiliśmy ziarna do turystycznego drippera na dalszą część wyjazdu.

Sequoia National Park

Z LA ruszyliśmy na północ w kierunku parków narodowych. Po 5 godzinach jazdy rozbiliśmy się na Lodgepole Campground w Sequoia National Park. Dobrze było znów spędzić trochę czasu na campingu.

Na początek General Sherman Tree, największe drzewo świata pod względem objętości pnia. Dopiero ludzie stojący obok pozwalają uświadomić sobie skalę tego olbrzyma. Warto nie kończyć wizyty na samym Shermanie i przejść pobocznymi ścieżkami, cały las robi ogromne wrażenie.

W Crescent Meadow Jedr nagle i bez ostrzeżenia zamarzył o tym, aby koniecznie sfotografować niedźwiedzia. Zwykły spacer zamienił się w wypatrywanie najmniejszego ruchu między drzewami, choć skąd wzięła się pewność, że akurat tutaj go spotkamy? Sugestia od ChatGPT. Niedźwiedź ostatecznie się nie pojawił.

Na zachód słońca weszliśmy na Moro Rock. Miejscami strome podejście po kamiennych schodach, za to na górze panoramiczny widok na góry. Potem wróciliśmy na camping na bajgle z awokado i oglądanie gwiazd. Na campingu nawet najprostsze jedzenie smakuje jakoś inaczej.

Yosemite

Do Yosemite dotarliśmy od strony Tunnel View. Tuż za tunelem otwiera się widok na całą dolinę, z El Capitanem po jednej stronie i Half Dome w oddali. Znaliśmy ten widok ze zdjęć, ale na żywo i tak robi ogromne wrażenie. Byliśmy jesienią, więc w wodospadach nie było już zbyt wiele wody.

Pod El Capitanem spotkaliśmy rangerów z teleskopami, przez które można było obserwować wspinaczy wysoko na skalnej ścianie. Gołym okiem byli praktycznie niewidoczni.

Nocowaliśmy na Crane Flat, nieco wyżej i kawałek od doliny ~30min samochodem. Dojazdy zajmowały sporo czasu, ale sam camping był super.

Na trekking wybraliśmy Mist Trail - trasa prowadzi kamiennymi schodami tuż przy wodospadzie Vernal Fall. Wróciliśmy dłuższą trasą, z widokiem na kolejny wodospad - Nevada Fall. Wieczorem ponownie ognisko i bajgle, tym razem podgrzewane nad ogniem. Po zachodzie podjechaliśmy jeszcze na stargazing z widokiem na dolinę - udało się pięknie uchwycić Drogę Mleczną.

San Francisco

Na ostatnie dwa dni wróciliśmy do San Francisco. Spaliśmy niedaleko Presidio, blisko plaży i pięknych zachodów słońca nad oceanem.

Zrobiliśmy krótki przejazd przez Marin County o zachodzie słońca. Nawet na zwykłej przejażdżce co chwilę ma się ochotę wysiadać z samochodu, aby podziwiać widoki.

Na bieganie w SF wybraliśmy Ocean Beach i Golden Gate Park. Odwiedziliśmy też Mission Dolores Park i zjedliśmy w kultowej La Taqueria. Meksykańskie jedzenie jeszcze nam się nie znudziło.

Dużym odkryciem było Hedge Coffee. Szukaliśmy miejsca na dobrą kawkę, a przypadkiem trafiliśmy na sobotni coffee rave: DJ, świetna muzyka i pyszna speciality coffee - playlistę z kawiarni zapisaliśmy już w ulubionych.

W San Francisco wypadła nam też nasza rocznica, którą postanowiliśmy uczczić w Liholiho Yacht Club- wybraliśmy menu degustacyjne szefa kuchni. Świetne jedzenie na zakończenie wyjazdu, choć bajgle z ogniska będziemy wspominać równie dobrze.

Btw: Ania powiedziała "TAK".

UdostępnijXFacebook

Powiązane wpisy