Ponad 500 kilometrów, 13 000 metrów przewyższenia i siedem dni jazdy przez Alpy. Torino-Nice Rally prowadzi przez jedne z najciekawszych przełęczy na granicy Włoch i Francji, aż do samego Morza Śródziemnego.
Trafiliśmy na falę upałów. Przy ponad 35 stopniach momentami mieliśmy już po prostu dość. Żartowaliśmy, że marzymy o tym, żeby w końcu porządnie zmarznąć. Nie spodziewaliśmy się, że nasze życzenie spełni się aż tak szybko. W górach regularnie robiło się burzowo, a czwartego dnia złapał nas grad, śnieg i ściana deszczu.
Po drodze zaliczyliśmy przełęcze znane z Giro d’Italia i Tour de France, stare drogi wojskowe, szybkie zjazdy, włoską pastę i francuskie pain au chocolat. A na końcu: Monako, Niceę i kąpiel w morzu.
Ale po kolei.
Dzień 1: Turyn
W sobotę rano byliśmy już z rowerami w Turynie. Pierwszy dzień na trasie potraktowaliśmy jako rozgrzewkę. Naszym celem było dojechanie do Susy, aby następnego dnia rano rozpocząć wspinaczkę na Colle delle Finestre.
Od samego początku towarzyszył nam upał. W Sant'Ambrogio di Torino zatrzymaliśmy się na chwilę w barze. Prowadząca go Polka, mieszkająca tam od lat, przyznała, że od kilku tygodni praktycznie nie padało i dawno nie pamiętała tak gorącego lata.
Do Susy dotarliśmy późnym popołudniem. Campingu w okolicy nie było, ale trafiliśmy do Azienda Agricola San Giuliano, gdzie gospodarze pozwolili nam rozbić namioty za darmo.
Dzień 2: Colle delle Finestre
Dzień otworzyliśmy klasykiem z Giro d'Italia: Colle delle Finestre. Tego dnia zrobiliśmy 2700 metrów w górę. Pierwsze 1000m podjazdu to równy, zacieniony asfalt. Wyżej robi się surowo. Wjeżdża się w pełne słońce i zaczyna słynne 8 kilometrów gravelu. To XVIII-wieczna droga wojskowa, która ciasnymi serpentynami pnie się aż do twierdzy na szczycie. Na czas Giro d'Italia nawierzchnię specjalnie wygładzają, ale normalnie to górski szuter.
Zaraz za szczytem zatrzymaliśmy się w Ristoro Alpe Pintas. Makaron, espresso i ruszyliśmy dalej, na długi odcinek przez Colle dell'Assietta. Pogoda zmieniła się bardzo szybko. Temperatura spadła, przyszły gęste, ciemnie chmury, przelotny deszcz i pierwsze grzmoty. Większość kolejnego podjazdu przejechaliśmy we mgle.
Strada dell'Assietta to dawna droga wojskowa. Prawie 40 kilometrów szutru poprowadzonego wysoko nad dolinami, miejscami powyżej 2500 metrów n.p.m., pomiędzy starymi fortami i wojskowymi ruinami. Przy dobrej pogodzie muszą być stąd świetne widoki. My przez większość czasu widzieliśmy głównie kilka metrów przed sobą.
Dopiero pod koniec trasy niebo zaczęło się przecierać. Na słonecznej grani pojawiły się świstaki, a z sąsiedniej doliny cały czas dochodziło echo burzy.
Do Sestriere zjechaliśmy już późnym popołudniem. Pizza, hotel i uśmiech na twarzy. W burzowej aurze nikt nie miał ochoty na biwak, nie ma przecież nic gorszego niż pakowanie mokrego namiotu z rana.
Dzień 3: Witamy we Francji / Col d'Izoard
Dzień zaczęliśmy od zjazdu z Sestriere. Ponad 10 kilometrów ze średnią aż 52 km/h! Potem krótka, 300-metrowa wspinaczka i po raz pierwszy wjechaliśmy do Francji. Przez kolejne dni granicę będziemy przekraczać jeszcze parę razy.
Kolejny długi zjazd doprowadził nas do Briançon, gdzie zatrzymaliśmy się na francuskie śniadanie: croissant, pain au chocolat i kawa. Po tym byliśmy gotowi na jeden z najładniejszych podjazdów całej trasy: Col d'Izoard.
Im wyżej, tym przyjemniej. Podjazd był długi, ale ułatwiały go fontanny z wodą. Bidony uzupełnialiśmy na bieżąco, bez wożenia zbędnego ciężaru.
Col d'Izoard robi wrażenie, ale najlepsze zaczyna się chwilę później. Zjazd prowadzi przez Casse Déserte, księżycowy krajobraz z rdzawymi skałami i ostrymi skalnymi iglicami. Dalej droga otwiera się na dolinę i zaczyna się długi, szybki zjazd przez Arvieux, z piękną prostą, na której rozpędziliśmy się aż do 80 km/h.
W dolinie szybki bridge meal i ruszyliśmy na ostatnie 500 metrów przewyższenia tego dnia, w stronę Col d'Agnel. Na noc zatrzymaliśmy się na urokliwym campingu, z widokiem na dolinę prowadzącą na przełęcz i z górskim potokiem przepływającym przez sam środek. Obok pizzeria, na miejscu zimne francuskie piwa kraftowe – byliśmy w niebie.
Dzień 4: Col Agnel
Dzień zaczęliśmy od podjazdu pod Col Agnel. To najwyższe drogowe przejście graniczne w Europie (2744 m) i najwyższy punkt całej naszej trasy. Na szczycie sporo ludzi, genialna panorama i kultowy punkt do zdjęć na samej granicy francusko-włoskiej. Chwilę odpoczęliśmy, po czym rozpoczął się długi zjazd.
W Sampeyre duszne powietrze w dolinie szybko ustąpiło miejsca ulewie. Ponad dwie godziny przeczekaliśmy w restauracji, śledząc radary pogodowe. Po trzecim espresso pojawiło się okno pogodowe, więc ruszyliśmy... ale górskiej konwekcji nie da się oszukać.
Już po 450 metrach wspinaczki rozpadało się ponownie. Schowaliśmy się w schronisku przy stacji narciarskiej. Gdy ulewa zelżała, ruszyliśmy dalej, jednak sto metrów przed przełęczą wjechaliśmy w ścianę wody, która po drugiej stronie zmieniła się w grad.
Przemoczeni i zmarznięci zjechaliśmy do pierwszej lepszej agroturystyki (Alpes d'OC Agriturismo) w małym miasteczku. Pyszna kolacja i wino uratowały ten wieczór.
Dzień 5: Marco Pantani na Colle Fauniera
Zbaczając nieco z oficjalnej trasy TNR, odbiliśmy na Colle Fauniera - długi i wymagający podjazd prowadzący prawie na 2500 m n.p.m. Na samej przełęczy stoi pomnik Marco Pantaniego, upamiętniający jego słynny atak podczas Giro d'Italia w 1999 roku.
Zjazd tą doliną był absolutnie najlepszym zjazdem kolarskim w moim życiu. Idealny asfalt, pełne słońce i obłędne widoki. Co chwilę stawałem na zdjęcia, choć aż szkoda było hamować.
Jeszcze w trakcie zjazdu zatrzymaliśmy się w Rifugio Carbonetto. Pyszny makaron, leżaki i 15 minut leżenia na trawie z widokiem na góry - po całym dniu podjazdu taki moment totalnego resetu był dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.
Dzień skończyliśmy na campingu pod Borgo San Dalmazzo.
Dzień 6: Col de Tende i zjazd nad morze
Ostatni duży podjazd naszej wyprawy: Col de Tende. Po południu na niebie znów zaczęły zbierać się chmury burzowe. Szutrowy zjazd pełen ciasnych serpentyn był niestety zamknięty, ale sugerowany przez TNR objazd starym dawnym szlakiem wojskowym sprawdził się dobrze i dotarliśmy na przełęcz przed deszczem.
W połowie zjazdu zatrzymaliśmy się na przerwę. Siesta... więc na lunch mieliśmy lody pistacjowe i francuskie IPA. Stamtąd skierowaliśmy się już prosto w stronę Morza Śródziemnego. Ostatnie 50 kilometrów to ciągła, szybka jazda w dół doliny. Wieczorem dotarliśmy do Ventimiglii nad samym morzem, gdzie od razu uderzył w nas duszny, śródziemnomorski upał.
Dzień 7: Monako i meta w Nicei
Nasz finałowy dzień to 40 kilometrów jazdy wzdłuż wybrzeża. W połowie drogi dotarliśmy do Monako, gdzie zaliczyliśmy słynny zakręt F1: Fairmont Hairpin.
Stamtąd ruszyliśmy prosto do Nicei, pod kultową Café du Cycliste - naszą metę. Koniec wyprawy świętowaliśmy w stylu nicejskim: tuż nad brzegiem morza, z zimnym piwem i moules-frites.
Logistyka i powrót
Samochód zostawiliśmy na początku trasy w Turynie. Po dotarciu do Nicei dwójka z nas wsiadła w Flixbusa do Turynu, odebrała auto i wróciła do Nicei po resztę ekipy i rowery. Stamtąd już samochodem ruszyliśmy z powrotem do domu.



















































